Blog

„Nadopiekuńczość jest przemocą psychiczną”


Mówię do 15-letniego dziecka w gabinecie: „Teraz pójdziesz na róg do sklepu i coś sobie kupisz”. Dziecko otwiera szeroko oczy. „Ale jak to pójdę? Tak na nogach?!”, „Tak na nogach”. „Ale przecież mnie wszędzie mama wozi” – o nadopiekuńczych rodzicach opowiada Teresa Krzyżowska, pedagożka i psychoterapeutka.

Obserwuje pani z bliska współczesne rodziny. Co najczęściej pani widzi? 

Nadopiekuńczość. Pracuję z dziećmi od 50 lat i po historiach z gabinetu wnioskuję, że w tej chwili nadopiekuńczość stała się nowym stylem wychowania.  

Po latach zimnego chowu doczekaliśmy czasów, kiedy dziecko dostaje uwagę i troskę rodzica. W czym problem? 

Problem polega na tym, że nadopiekuńczość jest u nas społecznie postrzegana jako miłość. Osoby nadopiekuńcze widzimy jako ciepłe, miłe, dobre. Obserwujemy, że matka czy ojciec troszczą się o dziecko aż do szaleństwa. Nieba chcą mu przychylić. Wtedy myślimy sobie, że to jest akceptujące wychowanie w bliskości, najwłaściwsza rodzicielska miłość. 

A nie jest? 

Nie jest. Nadopiekuńczy rodzice za prawdziwą miłość uznają zamartwianie się i zabieganie o to, żeby dziecko nic nie musiało, żeby się nie zmęczyło, nie przewróciło, nie płakało, jadło, było zadowolone i tylko się uczyło. Jeśli to dziecko nie może samodzielnie myśleć, podejmować decyzji, wyrażać swoich potrzeb, odczuwać, rozwiązywać konfliktów rówieśniczych, dbać o siebie, uczyć się samodzielności życiowej i niezależności – nie ma to nic wspólnego z miłością. Jest to rodzaj odrzucenia.

Chce mi pani powiedzieć, że nieustanna opieka i starania, te wszystkie ubranka, zabawki, a później superszkoła i niezliczone zajęcia dodatkowe to jest odrzucenie? 

Tak. Nadopiekuńczość – mimo ogromnego często zaangażowania rodzica – jest odrzuceniem. Jest przemocą psychiczną niedopuszczającą dziecka do prawidłowego, wszechstronnego rozwoju.  

Jak to?  

Kiedy widzimy z daleka takich rodziców, wydaje nam się, że dziecko jest w centrum ich rodzinnego układu planetarnego. Pępek świata, wokół którego krążą mama i tata. Chuchają, dmuchają, odwożą, przywożą, wyręczają we wszystkim. Robią wszystko dla tzw. dobra dziecka. Ale w tych staraniach nie chodzi o dziecko i jego potrzeby, tylko o samopoczucie rodziców.  

Nadopiekuńczość to jest przemożny wewnętrzny lęk, który nawet przez samego rodzica jest odbierany jako miłość. I ten lęk jest wyciszany kosztem dziecka. Rodzic nie jest w stanie zaakceptować faktycznych potrzeb dziecka, tylko sam tworzy jego potrzeby i wymusza je na dziecku, żeby zaspokoić swoje potrzeby. Przemocą narzuca swoją wolę, aby on, rodzic, mógł poczuć się bezpieczny, dumny i zadowolony. 

Na przykład? 

Dziecko nie ma potrzeby tyle jeść, a matka je zmusza. Nie bardzo ją obchodzi, czy dziecko chce jeść. Ważniejsza jest jej potrzeba, żeby nakarmić. Dziecko nie ma ochoty, nie smakuje mu albo jest już najedzone, ale ma jeść, aż skończy. Bo mama chce, bo mamie będzie przykro. I mimo że taka matka wydaje się skupiona na dziecku, to emocjonalnie jest od niego odcięta, ponieważ jest skupiona na swoim lęku. Dziecko ma zjeść, bo jeśli nie zje, będzie niedożywione, jeśli będzie niedożywione, to ja, jako mama, źle wypadnę, nie będę dobrą matką. 

Ten przykład brzmi dosyć niewinnie.  

Bo jesteśmy przyzwyczajeni do przemocy psychicznej wobec dzieci. Nadopiekuńczość to każda sytuacja, gdy rodzic myśli, czuje czy mówi za dziecko, które ma już gotowość rozwojową, by taką aktywność podjąć samodzielnie. „Ja cię ubiorę, bo się guzdrzesz!”, „Nie biegnij, bo się przewrócisz!”, „Nie wspinaj się, bo spadniesz!”, „Ta koleżanka to nie jest odpowiednie towarzystwo dla ciebie”, „Szkoła teatralna? To nie są prawdziwe studia, zdawaj na architekturę”, „Ten prostak to nie jest kandydat na męża”. Od maleńkości do pełnoletności rodzic nadopiekuńczy kieruje się swoimi potrzebami. Żyje za dziecko i robi z niego nieudacznika życiowego. Ono samo o niczym nie może decydować. Co jeść, co pić, w co się ubrać, jak się bawić, czym się interesować, z kim spędzać czas. Nadopiekuńczość nie kończy się nawet wtedy, kiedy dorosłe już dziecko zakłada swoją rodzinę. Bo rodzic nadopiekuńczy wybierze partnera, będzie zarządzał małżeństwem, wychowaniem wnuków, finansami i budową domu. 

Brzmi jak więzienie. Czy takim dzieciom coś wolno? 

Owszem, jednym wolno się uczyć, innym rozrabiać.  

Co takiego? 

Nadopiekuńczość to pełna kontrola wszelkich zachowań dziecka. Dziś należy ją rozważać szczególnie w dwóch aspektach. Pierwszy to dążenie do doskonałości dziecka w określonej dziedzinie, drugi to lęk przed skrzywdzeniem malucha objawiający się uległością i brakiem wyznaczania granic. 

Zacznijmy od tej doskonałości. 

Najczęściej jest to nauka z pominięciem podstawowych umiejętności społecznych i spraw dnia codziennego. Zdarza się, że już nie tylko rodzice, ale cała rodzina jest skoncentrowana na osiągnięciach szkolnych dziecka. Mama, tata, dziadkowie, ciocia – wszyscy „pomagają”! Inwestują gigantyczne pieniądze w najlepsze szkoły, załatwiają korepetycje, odrabiają lekcje. Wypełniają dziecku cały wolny czas. Ono nie ma prawa do zabawy, zachowań dziecięcych, własnych upodobań czy życia społecznego. 

Nie ma też żadnych, nawet najdrobniejszych obowiązków domowych. Nie sprzątnie swojego pokoju, nie włoży naczyń do zmywarki, nie złoży prania, nie wyjdzie z psem, bo to wszystko robią rodzice wspomagani przez innych członków rodziny. Dziecko ma się skupić tylko i wyłącznie na nauce.  

Co czuje takie dziecko? 

Przede wszystkim czuje ogromną samotność – jak dziecko, które wychowuje się w domu dziecka, porzucone przez rodzica albo takie, które doświadczyło jego śmierci. 

To dziecko, które ma mamę i tatę na co dzień? 

Tak, jest bardzo samotne i jednocześnie bardzo przywiązane do swoich rodziców w nadziei, że przyjdzie taki dzień, kiedy je zauważą tak naprawdę. Ten dzień jednak nie nadchodzi.  

Przemocowe zachowania rodziców polegają na manipulacji dzieckiem, aby realizowało ich potrzeby, ale też na krytyce, jeśli dziecku nie wyjdzie tak, jakby tego oni sobie życzyli. To wybuchy złości przemieszane z uległością wobec dziecka. A ono czuje się niekochane, ale nie przestaje kochać rodziców, przestaje natomiast kochać siebie. I z tymi uczuciami jest samo sobie pozostawione. Nie może dobić się, dotrzeć do własnego rodzica, bo ten jest zajęty tworzeniem dla niego wizji całego życia. I dziecko ma spełniać tę wizję na wszystkich poziomach: emocjonalnym, werbalnym, fizycznym, naukowym. Ma być tak, jak chce mama. Mówię „mama”, bo jednak matek nadopiekuńczych jest więcej niż ojców. A dziecko zrobi wszystko, naprawdę wszystko, żeby rodzic był zadowolony. 

Zero buntu? 

Nawet jeśli na początku próbuje się buntować, to zaraz słyszy: „Co ty tam wiesz!”, „Skąd ty możesz wiedzieć, czego chcesz?”, „Jak podrośniesz, to zrozumiesz!” i szybko przestaje mówić o swoich potrzebach. Uczy się, że to nic nie daje. A z czasem już tych potrzeb nie odczuwa. Rodzice go nie widzą i nie słyszą. Nie są nim w ogóle zainteresowani. Są zajęci własnym projektem, który ono ma realizować, bez dyskusji. 

Co wtedy robi dziecko? 

Chowa się z uczuciami do środka. Fantazjuje, zaczyna wieść własne życie w głowie. Nie jest wysłuchiwane, więc stopniowo zamyka się we własnym świecie.  

Może wygadać się tylko przyjaciołom.  

Często nie ma przyjaciół. Dzieci z nadopiekuńczych rodzin zwykle mają duży kłopot społeczny. Nie potrafią tworzyć relacji, bo się ich po prostu boją. Są wycofane, nie radzą sobie z rówieśnikami. Nie wiedzą, jak się odezwać, jak rozszerzyć swoje towarzystwo, jak tworzyć jakiekolwiek znajomości. 

Bo znajomych też od zawsze wybiera rodzic?  

Jeśli w ogóle na nich pozwala. Rodzic nadopiekuńczy straszy rówieśnikami, żeby nie stracić kontroli nad dzieckiem. Tymczasem jeśli nawet ono wejdzie w znajomość, która okaże się krzywdząca dla niego, niech to będzie dobrym pretekstem do wartościowej rozmowy. Do tworzenia bliskości i zrozumienia. Dlaczego właśnie taką osobę wybrało na przyjaciela? Co można zrobić, żeby sobie z tą sytuacją poradzić? Taka relacja też jest dla dziecka ważna. Dzięki niej może przejść trening konfliktu i konfrontacji. Ma szansę nauczyć się reagować na przykład na agresję rówieśniczą, a nie być jej ofiarą. 

A jeśli nie przejdzie? 

Jest zagrożenie, że w przyszłości wpadnie w kiepskie towarzystwo. Dzieci z nadopiekuńczych domów są podatne na uzależnienia, na to, żeby służyć innym i dawać się wykorzystywać. Rodzice przygotowują je do tego, że tylko cudze potrzeby są ważne.  

Pani mówi, jakby robili to wszystko z premedytacją.  

W większości przypadków robią to nieświadomie, oczywiście w dobrej wierze, ale konsekwencje dla świadomego i nieświadomego działania pozostają niezmienne.  

A co z dziećmi, którym wolno rozrabiać? To brzmi jak dbanie o własne potrzeby i dużo wolności! 

Za dużo! Drugi wiodący aspekt współczesnej nadopiekuńczości to lęk przed tym, żeby dziecku nie zrobić krzywdy. Rodzic robi wszystko, żeby dziecko nie dawało sygnału niezadowolenia. Bo to by dla niego oznaczało, że jest słabym rodzicem. Zwłaszcza kobiety podejmują mnóstwo działań, żeby nie wyjść na złą matkę. Na wszelki wypadek więc zgadzają się na wszystko, byle tylko dziecko było zadowolone.

Nic dziwnego, skoro na matki jest nieustanny najazd! Są strofowane, mówi się o nich z pogardą. A czy to nie jest naturalne, że matka nie chce skrzywdzić własnego dziecka?  

Z tego powodu wychowanie i rola matki są dziś bardzo trudne. Presja pojawia się z każdej strony, a to tylko sprzyja nadopiekuńczości. Bo rodzic, zamiast koncentrować się na dziecku, skupia się na sobie. Boję się być niefajną mamą, więc wyręczam. Proszę malucha, żeby posprzątał klocki, a on się buntuje? Wycofam się przestraszona i sprzątnę sama. Byle tylko maluch pozostał beztroski i mnie lubił, bo to oznacza, że spełniam swoje matczyne obowiązki, tak jak piszą na Instagramie.

Co by pani matkom powiedziała? 

Że w uległej postawie nie ma nic dobrego dla ich dziecka. Ono nie radzi sobie z tym, że mama czy tata na wszystko się zgadzają. Dziecko potrzebuje granic. Jeśli ich nie ma, zaczyna się bunt, zaczepianie, a nawet zachowania agresywne. W ten sposób dziecko pyta: „Ej, mamo, tato, czy to naprawdę jest tak, że ja wszystko mogę?”. To jakby pozostawić je samo sobie w wielkiej sali gimnastycznej i ono biega od ściany do ściany, żeby ktoś się nim emocjonalnie zaopiekował, żeby usłyszeć słowa: kocham cię, dlatego mówię czasami „nie”. A ono krzyczy, kopie, drapie, mówiąc w ten sposób: „Mamo, zmniejsz mi tę salę!”. Potrzebuje granic, bo wtedy czuje się bezpieczne.  

Jak zmniejszać salę? 

Konsekwencją i zdecydowaniem. Kiedy nadopiekuńczy rodzic orientuje się, że nie może dziecku wszystkiego dawać i na wszystko pozwalać, wybucha gniewem lub nieśmiało mówi „nie”. Dwulatek nie zna tego „nie”, więc zaczyna bić. Uderza pierwszy raz, a mama go pyta: „Dlaczego mnie bijesz?”. Dziecko uderza drugi raz. Mama mówi wtedy: „Kochanie, mamusię to boli”, i udaje, że płacze. A dziecko dostaje jeszcze większego szału.  

Dlaczego? 

Bo matka zachowuje się niespójnie. Rodzic, który boi się reakcji dziecka, emocjonalnie funkcjonuje na poziomie tego malucha. Jeśli słodkim, wiotkim głosem mówi: „Kochanie, tak nie wolno”, to dziecko wyłapuje konflikt między słowem a emocją. Jeżeli nie wejdzie na pozycję dorosłego, czyli osoby, która wie, czego chce, dziecko będzie nasilać zachowania agresywne, bo nie czuje się bezpiecznie. 

Więc jak to wyznaczanie granic powinno wyglądać? 

Zamiast mówić z uśmiechem: „Kochanie, tak nie wolno”, można powiedzieć: „Nie podoba mi się twoje zachowanie”. Albo nawet: „Nie patrzę, gdy się tak zachowujesz”. Stanowczo i poważnie. Nie wolno wtedy opuszczać dziecka, ale trzeba mu jednoznacznie zakomunikować: nie jestem zainteresowana tym zachowaniem. To jest zdjęcie koncentracji z niewłaściwej postawy dziecka. Rodzic, który jest niepewny i skupia się na histerii dziecka, nagradza uwagą jego zachowanie i musi liczyć się z tym, że będzie się to powtarzało w przyszłości.  

A jeśli dziecko się nie uspokaja? 

Trzeba być przy nim i wytrzymać. Ten płacz, tę histerię, ten odwrócony wzrok. Ono przestanie, bo pragnie, żeby mama na nie patrzyła. Wyznaczanie granic to nie jest bicie i krzyk. To stanowcze mówienie o tym, co dorosły chce przekazać dziecku. Najważniejsze, żeby słowa i emocje rodzica były wtedy spójne. 

Podkreśla pani tę spójność. Dlaczego ona jest taka ważna? 

Dlatego, że dziecko rozumie nas emocjami. Ono rodzi się z umiejętnością czytania naszych emocji i to nimi kieruje się najpierw. Nawet jeśli umie już mówić, emocje będą ważniejsze niż słowa. Od naszej spójności między słowem i emocją zależy, czy dziecko przyjmie komunikat, czy nie. Jednoznaczność działa. Tylko sam rodzic musi być przekonany, że jeśli mówi „nie”, to znaczy „nie”.  

A jeśli rodzic nie będzie czuł się pewnie i tej spójności będzie brakować? 

Dziecko złapie nad nim dominację i będzie wymuszać. Jeśli rodzic kapituluje, to kto tu jest dorosły? Dziecko musi się nauczyć, że zarówno słowo „tak”, jak i „nie” – jest OK. W ten sposób uczy się dziecko asertywności. Jeśli rodzic jednoznacznie powie „nie”, to dziecko najpierw poczuje sprzeciw, ale później czuje ulgę. 

Skąd ta ulga? 

Ulga oznacza: mogę się przy mamie/tacie czuć bezpiecznie, bo ona/on wie, czego chce. W razie czego się mną zaopiekuje. Taki wydźwięk emocjonalny ma stawianie granic. Ale rodzice nadopiekuńczy tych granic nie wyznaczają, bo nie są w stanie znieść płaczu dziecka. Są zajęci swoimi myślami, potrzebami i lękami. Zgodzą się na wszystko, byle dziecko dało im święty spokój, a oni mogli dalej realizować swój plan bycia superrodzicami. 

I co dalej? 

Takie dziecko idzie do szkoły, rodzic nadal we wszystkim je wyręcza. Nie ufa, że dziecko jest w stanie coś zrobić samodzielnie, więc ono bardzo szybko się uczy, że nie musi. Chodzi do szkoły towarzysko. A rodzic dzwoni do rodziców koleżanek, żeby się dowiedzieć, co było zadane. Potem sam to zadanie rozwiązuje, a dziecku każe tylko przepisać. Woli wyręczyć, niż wprowadzić je w samodzielność. Takiemu rodzicowi starcza sił i umiejętności mniej więcej do końca szkoły podstawowej. A potem mówi: „Jesteś już duży/duża, wszystko rozumiesz, więc możesz radzić sobie sam/sama!”. 

Radzi sobie? 

Jak? To dziecko jest już okaleczone. Ono nie myśli samodzielnie, nie potrafi rozwiązywać problemów ani podejmować decyzji. Nie czuje już swoich potrzeb, więc też nie potrafi ich nagłośnić.  

A co z agresją? 

Z czasem wycofuje agresję, ale nie dlatego, że czuje się bezpieczne. Wycofuje ją pod wpływem komunikatu, że jest niegrzeczne. Zaczyna ją kierować przeciwko sobie. Im więcej uwag krytycznych, tym bardziej atakuje siebie. Jednocześnie zostało nauczone, że aby zaistnieć, musi narozrabiać. Tylko w sytuacjach histerii rodzic faktycznie poświęcał mu uwagę. Zresztą takie dziecko nie jest w ogóle odporne na frustrację. Gdy trafia na coś, co nie jest po jego myśli, to po prostu sobie nie radzi z emocjami. W rezultacie jedne dzieci manipulują i wymuszają, inne zapadają na depresję. Te, które poradziły sobie z własnymi emocjami, troszkę lepiej wchodzą w świat dorosły, ale bardzo często stają się osobami roszczeniowymi. Mają poczucie, że wszystko im się należy. Jednocześnie nie czują odpowiedzialności za podejmowanie i wykonywanie własnej pracy. Są świetne w organizowaniu akcji społecznych i demonstracji, ale nie potrafią wziąć odpowiedzialności za własne życie. Nie wiedzą, jak sprawnie funkcjonować w życiu dorosłym. Są szalenie zagubione.

Pani wysłuchuje tych dzieci w gabinecie. Co mówią? 

Często mówią o sobie: „Jestem nic niewart”. Jeszcze kilka lat temu dzieci nie mówiły głośno tego, co dziś mówią otwarcie: „Jestem głupi/a”, „Jestem nikim”, „Jestem beznadziejny/a”, „Nic nie umiem”. Bardzo wcześnie potrafią powiedzieć o sobie coś takiego.  

W takim dziecku bardzo szybko buduje się przekonanie, że rodzice go nie kochają. Ono sobie myśli: „Jestem beznadziejny, bo oni muszą za mnie wszystko robić. Ja sobie z niczym nie radzę”. Mają w sobie potworne poczucie braku. Nie są w stanie uwierzyć, że cokolwiek potrafią. Bardzo zdolna 17-latka, która zdaje w tym roku maturę i mówi: „Ja nie mam żadnych perspektyw, moje życie jest bez sensu”. Naprawdę duża grupa tych dzieci zapada na depresję.  

Dlaczego? 

Jeśli dziecku, które rośnie, postawimy sufit tuż nad głową, to co się stanie? Jego ciało się zdeformuje, zaczną się krzywić kręgosłup i nogi. Podobnie jest z psychiką. Jeśli potencjał emocjonalny-wykonawczy nie może rozwijać się równolegle do potencjału intelektualnego, dziecko czuje, że niby wie, ale nie może wiedzieć. Chciałoby się zmierzyć z konfliktem, ale mu nie wolno. Chciałoby samodzielnie rozwiązać problem, ale dorosły wie lepiej. Chciałoby coś zrobić samodzielnie, ale rodzic był szybszy. Jego psychika się krzywi jak ten kręgosłup. Ona się ściska, jakby zamraża. A jak się ściśnie, to nie może funkcjonować.  

Kiedy osoba dorosła na spotkaniu bardzo chce wyrazić swoją opinię, ale jest ciągle blokowana przez innych, to co się z nią dzieje? Po spotkaniu się wkurza, że ktoś nie dał jej dojść do głosu, i mówi: „Jestem wściekły/a, bo nie mogłem/łam się wypowiedzieć!”. Albo łapie doła i myśli: „Ze mną chyba jest coś nie tak, skoro nie umiem zabrać głosu”. Jeśli takie zdarzenia będą się wielokrotnie powtarzać, to w zależności od tendencji emocjonalnej danej osoby ukierunkuje się ona na zachowania agresywne lub depresyjne. Tak samo jest u dziecka. Energia psychiczna jest kierowana na zewnątrz albo do wewnątrz. Obydwie reakcje łączą się z lękiem. 

Trafił do mnie chłopak z depresją, który napisał trzy genialne prace magisterskie. Żadnej nie obronił. Bał się, że jak obroni, to będzie musiał być dorosły. A jak tu być dorosłym, przecież on nic nie umie. Umie tylko się uczyć. Takie dzieci kompletnie nie wiedzą, co to znaczy praktyka. Nie mają szans na rozwój samodzielności i niezależności, bo rodzice im na to nie pozwalają.  

Jaką praktykę ma pani na myśli? 

Mówię do 15-letniego dziecka w gabinecie: „Teraz pójdziesz na róg do sklepu i coś sobie kupisz”. Dziecko otwiera szeroko oczy. „Ale jak to pójdę? Tak na nogach?!” „Tak na nogach”. „Ale przecież mnie wszędzie mama wozi”. „Pójdziesz i kupisz sobie bułkę”.  

I to dziecko nie umie kupić bułki, bo nie wie, jak się samodzielnie poruszać po ulicy, gdzie jest sklep – z perspektywy pieszego – gdzie jest półka z bułkami i jak zapłacić. To jest praktyka, której nie ma, bo przecież zawsze mama kupuje.  

Słucham? 15-latki potrafią kupić zioło i mefedron. 

Te, które idą w bunt i używki – owszem. Inne idą w potężne zaburzenia lękowe połączone z depresją. Wie pani, co było sukcesem po dwóch latach terapii wspomnianego dziecka? 

Co?  

W wieku 17 lat potrafi samo wsiąść w autobus i przejechać cztery przystanki do galerii handlowej.  

Najmłodsze pokolenia są dziś dopuszczane wyłącznie do potencjału intelektualnego – i to nie zawsze. Z jednej strony nie mają prawa do działań praktycznych, nauki sprawczości i samodzielności. A z drugiej strony obarcza się je wszystkim.  

Czyli? 

Sprawami polityki, zmian klimatycznych, relacją między rodzicami, problemami finansowymi i zdrowotnymi rodziny. Wszystko wiedzą od małego! 

Jak to się ma do nadopiekuńczości? Bo jakoś nie pasuje. 

Życie toczy się przy dziecku. Ono przecież słyszy, widzi, czuje i ma internet. Wie, jak rodzice się do siebie zwracają, na co choruje matka, jaki jest obrót w firmie i czy starczy do pierwszego. Widzi, co się dzieje w kraju. Jest tym wszystkim obarczone już w wieku przedszkolnym, ale nie wolno mu się odezwać. Wewnątrz rysuje mu się wizja świata jako strasznego miejsca. Dorosłe życie wydaje się horrorem. Zaczyna być coraz bardziej przerażone, zapada się pod ciężarem tych wszystkich informacji. A z drugiej strony nie pójdzie do sklepu, bo nie umie kupić bułki. To jak ono ma być zdrowe psychicznie, wierzyć, że czeka je coś dobrego i poradzić sobie w życiu? 

Teresa Krzyżowska. Pedagożka, psychoterapeutka i coach. Od 50 lat pracuje z dziećmi i ich rodzicami. Napisała trzy książki: „Zabawy z piosenką”, „Pułapki wychowania”, „Moje dziecko: strateg czy organizator?”. W pracy zajmuje się przede wszystkim relacjami rodzic–dziecko. Najbardziej ceni rozwój osobisty i pokonywanie wewnętrznych barier. Lubi ludzi i zachęca ich do sięgania w głąb siebie. Uważa, że nie ma złych ludzi, czasami są tylko źle wychowani.  

Maria Organ. Dziennikarka, reporterka, kulturoznawczyni. Najchętniej pisze o kobietach i oczekiwaniach społecznych. W wolnych chwilach czyta i tańczy.

źródło: www.gazeta.pl